spk

Zbiór informacji dotyczących
ZLOTU GWIAŹDZISTEGO

KLUBU WĘDKUJĄCYCH INTERNAUTÓW
w Białej nad Pilicą
w dniach 27, 28, 29 września 2002 r.

 Piątek

Mariola i ja wyjeżdżamy z Łodzi ok 10:30. Zabieramy Adę i sprzęt Michała. Pogodę mamy kiepską, zimno, siąpi mżawka.
Po godzinie mijając po drodze kilka stłuczek i wypadek jesteśmy na miejscu.


W Sulejowskim Parku Krajobrazowym pada z przerwami.

Ośrodek Pioma zajmuje dość rozległy teren. Szef, p. Stanisław Borowiecki umieszcza nas w części, bliższej rzeki w dwóch pawilonach.
Po zakwaterowaniu oblatuję wszystkie możliwe wyjścia łącznie z dziurami w płocie, prowadzące do wody. Będę mógł każdemu dokładnie powiedzieć jak dojść na łowisk.
Nie pada, jestem oczywiście z wędką, popełniam jednak dwa błędy.
-na nogach mam adidasy i przez resztę pobytu schną przy grzejniku
-za drugim rzutem niechcący wyjmuję 30-cm szczupaczka. Szczęśliwie na trawie sam się odpina.

Ze swego wędkarskiego doświadczenia wiem, że złapana w piewszym momencie ryba źle wróży na pozotały czas łowienia. Do niedzieli wróżba ta się spełni! :-(

Każdego przybywającego uczestnika, zgodnie z programem wita organizator. Mariola rozdaje przygotowane wczeńniej identyfikatory z imieniem i nazwiskiem. Klubowicze mają wpis koloru czerwonego, goście zielony. Ułatwia to ogromnie kontakty. W ośrodku prócz nas jest jeszcze inna grupa. Z daleka widzę czy "ten tam" to nasz człowiek, klubowicz, gość, czy obcy. Stając przed kimkolwiek zwracam się doń po widocznym na wizytówce imieniu.
W godzinach popołudniowych przyjeżdża najwięcej osób zapowiadanych na piątek. Ada z radością wita Michała jadącego z Kielc. Zjeżdżają Rysiek Siejakowski, Tomek Płonka, Wojtek Łęcki, Piotrek Jedliński.


Dużym autem przyjeżdża Paweł Kobyłecki, żartujemy, później okaże się - nie zupełnie bez racji, że chyba zmieści w nim wszystkie złowione ryby. Docierają Janusz Barczyk ze Zbyszkiem Staniszem, Tomek Siudakiewicz z Kasią
Przenosimy się - jeszcze niewielką grupą - pod dach obok kawiarni, stąd widać bramę wjazdową. Tomek z Piotrem rozpoczynają maraton kawałów, skończą go późno w nocy przy ognisku.
Pojawia się auto, na wrocławskich numerach. Jakoś dziwnie kufer ciągnie się po ziemi? zachacza o wystające korzenie? Czemu, skoro siedzą tam tylko trzy osoby i najmłodsza uczestniczka zlotu, Martynka??
Wyjaśnia nam to Krzyś Caban, kierowca. - "Przywiozłem z Opola Anię" - otwiera kufer i prócz zawodniczego sprzętu pokazuje nam "dwie tony" zanęty. :-))
Jak dziecko w pociągu, z nosem przy szybie będziemy jutro i pojutrze przyglądać się jak Ania Gostyńska robi praktyczny użytek ze swego bagażu.
Zmierzcha. Dzwonek, w mojej komórce słyszę głos Jurka Ludwina, wyjechał bez opisu drogi, tłumaczę mu którędy i gdzie skręcić, po chwili wraz z Andrzejem Kukułą są w ośrodku. Pod koniec dnia przybywają Grześ Łącki i Ania Krzyżewska. Z nimi Łukasz Żuber i ten, który jeszcze wczoraj zapewniał, że nici z jego przyjazdu, Grzylek. Fajnie Grześ , że przyjechałeś! Sobi Skopek przyjechał z Marcinem Drycewiczem.
Już całkiem ciemno. Przy pawilonach mamy duże zadaszone miejsce, prawie nie pada, decydujemy rozpalić ognisko pod gołym niebem, w krąg ustawiamy ławki. Kto chce piecze sobie kiełbaskę (na dziś nie mamy zapewnionego menu). Przynoszę gitarę, ale prócz Ady, Janusza, Andrzeja towarzystwo jest dość odporne na jej dźwięki. Za to Rysiek, Tomek oraz mający szczególny ku temu dar Piotr rozwiązują worek z kawałami - boki zrywamy! Drobniutka mżawka nie przeszkadza nam, nie musimy korzystać z parasoli czy okryć przciwdeszczowych. Coraz więcej puszek od piwa robi się pustych. Niewielu nie stroni od mocniejszego drinka. Kilka godzin upływa w przyjemnej atmosferze, w końcu dobrze po północy powoli rozchodzimy się do pokojów.
Tym co chcą już spać, ich zamiary dość skutecznie utrudnia Sobi.
Ciut przesadza z nocnym używaniem auta. Czy go nogi bolą czy co, biedak daje slalomem między drzewami, okrężną drogą, od pawilonu do pawilonu (w prostej linii to całe pięćdziesiąt metrów). Zamiast klaksonu używa aparatury nagłaśniającej o ogromnej mocy, zamontowanej w tylnej części swojego auta. W końcu, gdy nie ma już chętnych do słuchania muzyki przed trzecią nad ranem i on daje za wygraną.

Sobota świt, ranek ok. godz. 9:30 :-)).

Uderzam się w piersi. Za długo spałem, jak większość. Zimna noc i jeszcze zimniejszy ranek skutecznie stłumiły wczorajsze zapowiedzi o łowieniu skoro świt.
Rozglądam się, coś pusto, co jest grane?


Powoli, jak niedźwiedzie wiosną z oporami opuszczamy nocne legowiska w niezbyt nagrzanych pokojach.

Czyżby tylko Paweł był od rana na rybach?
Są! Kolejni uczestnicy m. in. z kierunku Lublin, Leszek Andrzej, Jacek.
Monika obiecała mi, że wyciągnie Dawida bladym świtem w drogę, prawie jej się to udało - przyjeżdżają w południe.
Organizator nie jest w stanie zapamiętać kto już jest, a kogo jeszcze nie ma. Jedynie systematycznie opróżniane pudełko z identyfikatorami pozwala mi zorientować się w stanie osobowym. Mariola - dobrze że przyjechała ze mną - pomaga mi w opanowaniu sytuacji, ciągle dopisuje nowe nazwiska i wręcza wizytówkę każdemu przybywającemu. Niestety, kilka z wcześniej naszykowanych na podstawie listy zgłoszeń zostanie niewykorzystane; Sławek Hein, Piotrek Górski, Jego Szerokość Waldek Kalita, Darek Żbikowski.
Zjeżdżają kolejni uczestnicy,

Konferencja. Dawno nie widzieliśmy się...

Nadszedł czas, by wydać wizytówkę dla Tomka Lewińskiego. W programie pisałem o miłej niespodziance w sobotę, to właśnie będzie jego sprawka. Jak tylko się zjawił, zamiast złapać za wędkę i po prostu być na zlocie z białego busa wraz z dwoma kolegami wyciągają sprzęt filmowy i biorą się do pracy. Kręcą dużo materiału. Są w ośrodku, nad rzeką, uwieczniają Anię na mistrzowskim stanowisku podczas łowienia, capnęli przed kamerę Zbyszka, organizatora, robią wywiad z Andrzejem, zjawiają się przy ognisku, podczas naszej południowej pogawędki.
Aż głupio, ale dopiero po fakcie przychodzi mi do głowy, że na taśmie filmowej Tomek uwiecznił chyba każdego z nas prócz jednej osoby - siebie. Organizator nawet nie zauważył odjazdu ekipy filmowej i nie wręczył Tomkowi pamiątki ze zlotu. Dobrze, że obaj jesteśmy łodzianami, przyrzekam, dopadnę go i dostanie pamiątkę do rąk własnych.
Z nakręconego materiału powstanie reportaż dla telekuriera ogólnopolskiej TV 3.
Jesteśmy Ci wdzięczni Tomku, to superpromocja dla klubu.

Wyglądam jeszcze jednego gościa, który zapowiedział się: -"być może, jak nie wyjdą już ustalone plany". To Piotr Berger redaktor, dzięki któremu m.in. łodzianie w swojej prasie każdego tygodnia otrzymują porcję bardzo ciekawych wiadomości wędkarskich. W późniejszej rozmowie telefonicznej dowiem się, że jego morska wyprawa na dorsze była udana.

Sobotnie popołudnie.

Dziś jest ognisko - wydanie główne. Choć zimno, nie pada.
Do ośrodka ściągają łowiący na Zalewie Sulejowskim, Tomek, Rysiek, Wojtek i Piotrek. Jest już Jacek Zieliński z Marcinem. O zmierzchu zapalamy ogień, czeka naszykowany już przez obsługę grill z karczkiem i kiełbaskami. Głównym grillowym okrzyknął się Sobi, idzie mu nieźle.
Kapituła właśnie zorganizowała naradę na uboczu, czekamy na koniec przedłużających się obrad.
Iskry już ostro strzelają w niebo, słychać gitarę, obok ognia kręci się Bruno, jamnik Tomka i Ewy.
Kulminacja. Następuje rozdanie pamiątek.


Organizator wyczytuje, prezes wręcza z uściskiem dłoni (goździka, nie było) :-))
Pamiątka jest pracą zbiorową. Tło opracował Grzylek, motto jest autorstwa Piotrka Górskiego, ja wymyśliłem formę i treść wpisu. Z działań tej spółki powstały przyzwoitej jakości, imienne dla większości klubowiczów - uczestników, cyfrowe wydruki, potwierdzone własnoręcznymi podpisami prezesa i organizatora. Jedną z dwóch (przez nieuwagę w drukarni otrzymałem dwa egzemplarze z jego nazwiskiem) Zbyszek przekazuje do nowo założonej kroniki klubu. Ja dołączam do niej "pamiętnik organizatora" czyli co i kiedy zrobiłem od lipca gdy podjąłem się doprowadzić do dzisiejszych zdarzeń.
Niektórzy goście mają również ochotę na pamiątę. Na zapasowych, bezimiennych egzemplarzach Mariola wypisuje: Andrzej Kukuła i Marcin Drycewicz
Rozmowom, żartom, kawałom w których rej jak zwykle wodzą Piotr i Tomek nie ma końca.
Z ciemności wyłaniają się Janusz i Zbyszek wracają z kawiarni. Po drodze Zbyszek ma przygodę na szczęście bez złych konsekwencji. Jak napisze po zlocie: "w ciemną noc, na ciemnej ścieżce, czarny pies ugryzł go w jasne spodnie". Nie dodaje, że pod spodniami jest zarysowana psimi zębami jego noga. To Cygan, pies z ośrodka, a wydawał się niegroźny. Kierownik jednak zachowa się fair i zwróci Zbyszkowi koszt zniszczonych spodni.
Karczek, kiełbaski znikają, nawet trochę zbyt szybko, dla Tomka brakło porcji. Szczęśliwie jest zabezpieczony na taką okoliczność i ratuje się własnym sprzętem. Piwo dziś już w bardzo ograniczonych ilościach, wszak już jutro wyjazdy.
Organizator czeka, aż jedzonko każdemu "się przyjmie" i na deser ogłasza nieuniknioną zrzutkę.
Informuję o kosztach. Głosem wice-prezesa pada decyzja, zaokrąglenia składki w górę do dziesięciu złotych. Zebranej kasy brakuje na pokrycie wszystkich wydatków, ale to przez mniejszą ilość uczestników niż zamówionych porcji i wydrukowanych pamiątek.. Przede wszystkim musi wystarczyć na opłatę dla ośrodka, moje wydatki rozliczę później.
I dalej gadu, gadu, śmiech, kawały.

Nieobecni na zlocie będący gdzieś w kraju czy za granicą dostają teraz czkawkę.
Mówimy o Darii na weselu, o Darku i jego długiej podróży.
Wspominamy Marka, który siedzi sobie gdzieś w ciepełku na egzekutywie a my tu marzniemy. :-))
Żal nam Waldka, może w domu bez okien (w związku z ich wymianą) jest mu zimno, a nam tu ciepło przy ogniu. :-))

Bruno zmęczony rozkopywaniem krecich nor legł obok żaru.
Ostatni od ogniska odchodzą Dawid i Grzylek i to tylko dlatego, że już po trzeciej nad ranem brakło drewna i zrobiło się zimno.

Niedziela

Komu się udało wstać rankiem mógł obserwować taki widok

Piękny słoneczny dzień.
Rozdaję worki na śmieci dla wybierających się poza teren ośrodka.
Realizując punkt programu "róbta co chceta" przed południem ja i Marcin Duluk wybieramy się nad rzekę. Spiningujemy, próbujemy namierzyć Pawła, który nie oglądając się na nikogo wędruje własnymi, wydeptanymi w sobotę w korycie Pilicy :-)) ścieżkami i systematycznie punktuje:


a to szczupak, a to kleń...

Nie spotykamy go, pewnie przeciera nowe szlaki. Marcin pomiędzy rzutami wykonuje dużo zdjęć, co jakiś czas uruchamia też kamerę wideo. Posuwamy się w górę rzeki. Przez kładkę wiszącą na stalowych linach będącą w stanie, raczej dla tych o zdrowym zmyśle równowagi, przedostajemy się na drugi brzeg i dalej w górę.


Kładka przez Pilicę. (foto: arch. B. Z.)

Powyżej kładki to teren dla naszych dwóch muszkarzy w kapeluszach, Michał Sopiński, łowiący tu wczoraj, szedł środkiem wody kładąc muchę z zegarmistrzowską precyzją w wybrane miejsca Drugi "kapelusznik" Grześ Łącki dziś łowi z brzegu.
Po drugiej stronie widzimy zgrupowanie wokół łowiącej Ani. Ktoś tam nęci za pomocą procy, zanęta spada nieopodal nas. Dalej na płyciźnie trenuje Łukasz Żuber, z każdą chwilą coraz ładniej układa na wodzie sznur.
Następuje drugi i ostatni mój kontakt z rybą, niestety tylko wzrokowy. Szczupaczek ok. półmetrowy, ruszył spod brzegu do woblera, ukłuł się i tyle. W dali Andrzej, Leszek i Jacek. Spinigują.
Po spenetrowaniu kilkuset metrów rezygnujemy z dalszej wędrówki, dołączamy do towarzystwa na przeciwnym brzegu. Przybył Maciek Jałkowski z córeczką, widzę Jurka, są nawet nasze dziewczyny łącznie z Martynką. Jak tu wesoło!
Mamy okazję przypatrzeć się z bliska Ani na stanowisku. Dość głośna, roześmiana grupa za jej plecami powoduje oczywiście zero brań, mimo to, (i co z niej za jędza) cierpliwie znosi naszą obecność. Opowiada nam o tajnikach wędkowania, pokazuje nam dokładnie sprzęt w całej drobiazgowej i kilkunastometrowej okazałości m.in. ...elektryczną maszynkę do wiązania haczyków!
Jest nas kilku chętnych do sfotografowania się na mistrzowskim stołku. Każdy po kolei bierze kij, przybiera poważną minę i udaje, że łowi na dwunastym metrze. Na zdjęciu i tak nie będzie widać dokładnie końca wędki (bez zestawu) :-))

Niedziela, godziny okołoobiadowe.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Czas zbierać się.

Część osób już musiała wyjechać.

Tomek Siudakiewicz przed wyjazdem rozdał nam fajne woblerki, na bolenia. Krzyś zadowolony, że chociaż części z "dwóch ton" zanęty nie będzie wiózł do Opola. Organizator dostał prezent, dwa fajne pudełka. Przeznaczy je na muchy. Musi tylko nauczyć się tego fachu. Pomożecie...? :-))

Kosz na śmieci zasypany górą odpadów. Co mnie cieszy widzę tam też wypełnione worki foliowe, które rozdawałem wychodzącym w teren.



Ok godz. 15:00.

Ostatnie posiedzenie przed kawiarnią. Została nas garstka. Dawid z Moniką, Maciek z córcią, Andrzej, Leszek, Jacek, Mariola i ja.
Właśnie odjechali wrocławianie, Jurek i Andrzej. Zabrali pamiątki dla Waldka i Marcina. Próbujemy na gorąco podsumować zlot.
Dochodzimy do wniosku, że w zasadzie nie ma przeszkód, by nawet teraz, praktycznie już po zlocie ogłosić zawody, bo można równie szybko ogłosić zwycięzcę.
Oto wyniki:
Pierwsze miejsce ex aequo Paweł Kobyłecki za wielkość i Ania Gostyńska za ilość, drugie miejsce, Leszek Mysłowski, za szczupaczka, trzeciego nie przyznano. Nagród też nie rozdano, bo zdobywcy... już wyjechali. Wszystkie ryby zostały wypuszczone.

Główne założenie, plan zlotu został wykonany. W stosunku do ilości klubowiczów tłoku nie było , ale wielu z nas poznało się na żywo. Dzięki wspólnie spędzonym chwilom, szczególnie przy ogniskach staliśy się sobie bliżsi. To nie ulega wątpliwości.

Maciek zabiera pamiątki dla Sławka i Piotra.
Organizator rozlicza się teraz z kierownikiem ośrodka. Płacę za ogniska, karczek i kiełbaski zgodnie z umową (45 porcji po 9,00 zł) w sumie czterysta pięć złotych.
Kierownik jest bardzo zadowolony, nie sprawialiśmy żadnego kłopotu, wszyscy się rozliczyli jak trzeba. Jeszcze raz przeprasza mnie za incydent z czarnym psem co wgryzł się w jasne spodnie Zbyszka. Zaprasza na kolejne imprezy do siebie.
Dopijamy kawę.
Ostatnie uściski dłoni plus miś.
Do spotkania na następnym SWI***.
Á propos, mam pomysł i miejsce na kolejne. :-))
Odjeżdżamy.

Tyle od organizatora.
Nie mogłem być wszędzie, dopilnować, widzieć wszystkiego, Spróbowałem zaobserwować by opisać esencję wydarzeń. Zdaję sobie sprawę, że były niedociągnięcia i nie każdy pewnie jest w pełni usatysfakcjonowany. Starałem się.

Bogdan Ziółkowski

(zasypana śniegiem) Łódź, 13-10-2002

***SWI - Spotkanie Wędkujących Internautów (dla niewtajemniczonych)
Komentarze, reklamacje, może o czymś istotnym nie napisałem - kierujcie do mnie - bogdan.kwi@wp.pl


Uczestnicy, nadsyłajcie fotki.

Do spotkania na następnym SWI.